← Wróć do bloga

Media, które ostrzegając, reklamują. Czy sensacyjne nagłówki mogą tworzyć problemy, przed którymi nas przestrzegają?

Czy media mogą nieświadomie przyczyniać się do popularyzacji niebezpiecznych zachowań, przed którymi próbują nas ostrzegać? I czy odpowiedzialność za słowo kończy się na tym, że opublikowana informacja jest prawdziwa? Moim zdaniem nie, bo sposób, w jaki opowiadamy o rzeczywistości, również może mieć bardzo konkretne konsekwencje.

Od pewnego czasu z coraz większym niepokojem obserwuję sposób, w jaki media informują o niebezpiecznych zjawiskach, szczególnie tych dotyczących dzieci i młodzieży. Kolejne doniesienia o przemocy, internetowych wyzwaniach, agresji w szkołach czy rzekomych nowych trendach często przedstawiane są w formie alarmujących nagłówków, które mają przyciągnąć uwagę odbiorców. Rozumiem, że media muszą informować o zagrożeniach, a dziennikarze działają w warunkach ogromnej konkurencji o uwagę czytelników. Zastanawiam się jednak, czy w tym wyścigu nie umyka nam coś znacznie ważniejszego, czyli świadomość, że publikując określone treści, nie tylko opisujemy rzeczywistość, ale czasami również na nią wpływamy.

Wyobraźmy sobie nastolatka, który nigdy wcześniej nie słyszał o jakimś niebezpiecznym internetowym wyzwaniu. Nie zna jego nazwy, nie wie, na czym polega i prawdopodobnie nigdy sam by na nie nie trafił. Tymczasem pewnego dnia widzi w mediach alarmujący materiał, z którego dowiaduje się nie tylko o istnieniu takiego zjawiska, ale również o jego zasadach, popularności i reakcjach innych młodych ludzi. Być może zamknie artykuł i o wszystkim zapomni, ale może też z ciekawości zacznie szukać kolejnych informacji, pokaże materiał znajomym albo postanowi sprawdzić, o co właściwie chodzi.

Nie twierdzę, że tak będzie w każdym przypadku, ani że każde ostrzeżenie automatycznie zwiększa ryzyko niebezpiecznych zachowań. Warto jednak zadać sobie pytanie, czy informacja przygotowana z zamiarem przestrzegania nie może czasami stać się niezamierzoną reklamą zjawiska, które bez medialnego rozgłosu pozostałoby znacznie mniej rozpoznawalne.

Efekt Wertera, czyli kiedy opowieść wpływa na rzeczywistość

Problem wpływu przekazów medialnych na zachowania odbiorców nie jest niczym nowym. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest efekt Wertera, którego nazwa pochodzi od wydanej w 1774 roku powieści Johanna Wolfganga Goethego Cierpienia młodego Wertera. Historia młodego człowieka, który w wyniku nieszczęśliwej miłości odbiera sobie życie, wywołała ogromne zainteresowanie czytelników, a po jej publikacji pojawiały się doniesienia o przypadkach samobójstw naśladujących los głównego bohatera. Chociaż historyczna skala tego zjawiska pozostaje przedmiotem dyskusji, późniejsze badania potwierdziły, że sposób przedstawiania samobójstw w mediach może wpływać na ryzyko zachowań naśladowczych.

Właśnie dlatego Światowa Organizacja Zdrowia opracowała zalecenia dotyczące odpowiedzialnego informowania o samobójstwach. WHO zwraca uwagę między innymi na konieczność unikania sensacyjnych nagłówków, nadmiernego eksponowania takich wydarzeń czy szczegółowego opisywania metod. Co ciekawe, badacze opisali również zjawisko odwrotne, nazywane efektem Papageno, w którym odpowiednio przedstawione historie osób radzących sobie z kryzysem mogą działać ochronnie i pomagać odbiorcom dostrzegać inne rozwiązania trudnych sytuacji.

To dla mnie szczególnie ważny przykład, ponieważ pokazuje, że problem nie sprowadza się do prostego wyboru między informowaniem a milczeniem. Nie chodzi przecież o to, żeby media przestały mówić o samobójstwach, przemocy czy innych trudnych zjawiskach, ale żeby robiły to ze świadomością, że sposób przedstawienia informacji może mieć znaczenie równie duże jak sama informacja.

Kiedy ostrzeżenie staje się reklamą

Podobne pytania pojawiają się przy okazji kolejnych internetowych wyzwań, które co jakiś czas stają się przedmiotem medialnych alarmów. Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów był Blue Whale Challenge, przedstawiany w wielu publikacjach jako niebezpieczna gra prowadząca młodych ludzi do samookaleczeń i samobójstw. Wokół tego zjawiska powstała ogromna medialna narracja, chociaż dowody dotyczące jego rzeczywistej skali i organizacji były znacznie mniej jednoznaczne, niż sugerowały niektóre doniesienia.

Badacze analizujący materiały dotyczące Blue Whale Challenge zwracali uwagę, że nawet publikacje przygotowane z intencją ostrzegania mogły zawierać elementy sprzeczne z zasadami bezpiecznego informowania o zachowaniach samobójczych. Podobne wątpliwości dostrzegają organizacje zajmujące się bezpieczeństwem dzieci w internecie, które zalecają ostrożność przy rozpowszechnianiu nazw niebezpiecznych wyzwań i szczegółów dotyczących ich przebiegu.

Oczywiście nie możemy automatycznie przenosić mechanizmu efektu Wertera na każde internetowe wyzwanie, ponieważ nie wszystkie zachowania podlegają takim samym mechanizmom naśladownictwa. Możemy jednak mówić o znacznie bardziej podstawowym zjawisku, jakim jest zwiększanie rozpoznawalności określonego tematu przez jego intensywną obecność w mediach. Im częściej o czymś słyszymy, tym bardziej staje się to elementem naszej codziennej rzeczywistości, nawet jeżeli wcześniej było zjawiskiem marginalnym lub słabo udokumentowanym.

Warto więc zastanowić się, czy informując rodziców o kolejnym zagrożeniu, rzeczywiście musimy podawać jego nazwę, pokazywać nagrania i szczegółowo opisywać zasady. Być może w wielu przypadkach znacznie skuteczniejsze byłoby skoncentrowanie się na tym, jak rozpoznać niebezpieczne zachowania, jak rozmawiać z dzieckiem i gdzie szukać pomocy. Dzięki temu przekaz nadal spełniałby swoją funkcję informacyjną i edukacyjną, ale ograniczałby ryzyko niepotrzebnego wzbudzania ciekawości.

Fala hejtu, czyli trzy komentarze pod postem

Zresztą problem nie dotyczy wyłącznie niebezpiecznych internetowych wyzwań. Podobny mechanizm, choć prowadzący do innych konsekwencji, dostrzegam w coraz bardziej powszechnym wykorzystywaniu sensacyjnych i clickbaitowych nagłówków.

Wystarczy przejrzeć dowolny portal informacyjny, żeby trafić na doniesienia o kolejnej „fali hejtu”, „burzy w internecie”, „wściekłości internautów” czy „skandalu, który wstrząsnął siecią”. Tymczasem po otwarciu artykułu okazuje się niekiedy, że za wielką falą społecznego oburzenia stoją trzy krytyczne komentarze znalezione pod wpisem w mediach społecznościowych, a cała opisana sytuacja ma znacznie mniejszą skalę, niż sugeruje tytuł.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w samym artykule wszystko zostało wyjaśnione, a autor nie napisał niczego nieprawdziwego. Problem polega jednak na tym, że nagłówek również jest komunikatem, a dla wielu odbiorców bywa jedynym elementem publikacji, z którym mają kontakt. To na jego podstawie wyrabiają sobie opinię, komentują wydarzenie albo udostępniają materiał kolejnym osobom. Jeżeli więc tytuł sugeruje ogromny konflikt społeczny, choć rzeczywista skala zjawiska jest niewielka, to właśnie taki obraz sytuacji może pozostać w świadomości odbiorców.

W ten sposób media nie tylko relacjonują emocje, ale mogą również przyczyniać się do ich wzmacniania. Nadając niewielkim sporom rangę wielkich konfliktów, mogą budować wrażenie, że społeczeństwo jest bardziej agresywne, podzielone i wrogie, niż wynikałoby to z rzeczywistej skali opisywanych wydarzeń. Nie oznacza to oczywiście, że każdy sensacyjny nagłówek prowadzi do wzrostu agresji, ale warto pamiętać, że język, którym opisujemy świat, wpływa na sposób, w jaki ten świat postrzegamy.

Odpowiedzialność za słowo nie kończy się na prawdzie

I tutaj dochodzimy do kwestii, która wydaje mi się najważniejsza. W dyskusjach o standardach dziennikarskich bardzo dużo uwagi poświęcamy prawdziwości informacji, rzetelności źródeł i konieczności weryfikowania faktów. Słusznie, ponieważ są to fundamenty profesjonalnego dziennikarstwa. Mam jednak wrażenie, że zdecydowanie rzadziej rozmawiamy o odpowiedzialności za przewidywalne konsekwencje sposobu przedstawienia tych faktów.

Można przecież napisać artykuł oparty na prawdziwych informacjach, a jednocześnie skonstruować go w sposób, który niepotrzebnie wzbudza strach, podsyca konflikt albo popularyzuje niebezpieczne zachowania. Można przedstawić autentyczne wypowiedzi, ale tak dobrać cytaty i nagłówek, żeby odbiorca odniósł wrażenie, że mamy do czynienia z powszechnym społecznym oburzeniem. Można wreszcie opisać realne zagrożenie tak szczegółowo, że część odbiorców dowie się o nim więcej, niż potrzebuje do własnego bezpieczeństwa.

Dlatego uważam, że przed publikacją powinniśmy zadawać sobie nie tylko pytanie, czy to, co napisaliśmy, jest prawdziwe, ale również zastanawiać się, jakie konsekwencje może wywołać sposób, w jaki tę prawdę przedstawiamy.

Nie chodzi o przerzucanie na dziennikarzy odpowiedzialności za wszystkie zachowania odbiorców ani o oczekiwanie, że będą w stanie przewidzieć każdą możliwą reakcję. Chodzi raczej o elementarną świadomość, że komunikacja jest działaniem społecznym, a publikowane treści nie funkcjonują w próżni. Docierają do konkretnych ludzi, wpływają na ich emocje, przekonania i decyzje, a niekiedy również na zachowania.

A gdyby to było Twoje dziecko?

W tym miejscu chciałbym zwrócić się bezpośrednio do dziennikarzy, redaktorów i wszystkich osób, które zawodowo zajmują się tworzeniem treści docierających do szerokiej publiczności.

Zanim opublikujecie kolejny materiał o niebezpiecznym trendzie, zanim podacie jego nazwę, pokażecie nagranie albo szczegółowo opiszecie zasady, zastanówcie się przez chwilę, czy chcielibyście, żeby właśnie w taki sposób Wasze własne dziecko po raz pierwszy dowiedziało się o istnieniu tego zjawiska. Czy bylibyście spokojni, wiedząc, że przeczytało taki artykuł, a następnie z ciekawości zaczęło szukać kolejnych informacji? Czy uznalibyście, że wszystkie szczegóły zawarte w publikacji były rzeczywiście potrzebne, żeby ostrzec je przed zagrożeniem?

Być może takie postawienie sprawy jest trochę naiwne, a być może ktoś uzna, że próbuję niepotrzebnie odwoływać się do emocji. Wydaje mi się jednak, że czasami właśnie takiej ludzkiej perspektywy brakuje nam w rozmowie o odpowiedzialności zawodowej. Za kolejnymi odsłonami, zasięgami i statystykami kryją się przecież konkretni ludzie, a wśród nich również dzieci, które nie zawsze mają wystarczające doświadczenie i kompetencje, żeby właściwie ocenić otrzymywane informacje.

Nie sugeruję, że każdy nastolatek, który przeczyta artykuł o niebezpiecznym wyzwaniu, postanowi je naśladować. Zdecydowana większość zapewne tego nie zrobi. Ale jeżeli istnieje możliwość ograniczenia niepotrzebnego ryzyka bez rezygnowania z informowania o problemie, to dlaczego mielibyśmy z niej nie skorzystać?

I nie chodzi wyłącznie o nasze własne dzieci. Chodzi również o dzieci naszych sąsiadów, znajomych i ludzi, których nigdy nie poznamy, ale do których nasze słowa mogą dotrzeć. Dla autora publikacji to być może kolejny materiał przygotowany w ciągu dnia, ale dla części odbiorców może być pierwszym kontaktem z tematem, który wzbudzi ich ciekawość, niepokój albo zainteresowanie.

Nie moje dziecko, nie mój problem?

Wiem, jaki kontrargument może pojawić się w tym miejscu. Ktoś powie, że za wychowanie dzieci odpowiadają rodzice, a nie dziennikarze, i że nie można oczekiwać od mediów, żeby brały odpowiedzialność za to, czego młodzi ludzie szukają później w internecie. I trudno odmówić takiemu stanowisku części racji, ponieważ to rzeczywiście rodzice ponoszą podstawową odpowiedzialność za wychowanie swoich dzieci.

Tylko czy odpowiedzialność rodziców oznacza, że wszyscy pozostali są z niej całkowicie zwolnieni?

Mam wrażenie, że jako społeczeństwo coraz łatwiej przychodzi nam przerzucanie odpowiedzialności na innych. Rodzice oczekują, że szkoła nauczy dzieci odpowiednich zachowań, szkoła wskazuje na brak zaangażowania rodziców, media odsyłają do odpowiedzialności odbiorców, a platformy internetowe przypominają, że każdy użytkownik sam decyduje o tym, jakie treści ogląda. W każdej z tych argumentacji można znaleźć sporo racji, ale problem zaczyna się wtedy, kiedy wszyscy uznają, że skoro odpowiedzialność ponosi ktoś jeszcze, to oni sami nie muszą już niczego robić.

Tymczasem bezpieczne, zdrowe i odporne społeczeństwo nie powstaje dzięki temu, że każdy pilnuje wyłącznie własnego interesu, własnej rodziny i własnego domu. Powstaje również dzięki świadomości, że jesteśmy częścią większej społeczności, a nasze decyzje wpływają na ludzi, których być może nigdy osobiście nie spotkamy.

Rodzice odpowiadają za wychowanie dzieci, szkoła za edukację, instytucje publiczne za tworzenie odpowiednich warunków bezpieczeństwa, a platformy internetowe za mechanizmy funkcjonowania swoich usług. Media mają natomiast szczególną odpowiedzialność za język, obrazy i narracje, które każdego dnia wprowadzają do przestrzeni publicznej. Nie jest to odpowiedzialność zamiast rodziców, lecz odpowiedzialność obok nich, wynikająca z roli, jaką każdy z tych podmiotów odgrywa w życiu społecznym.

Lubię myśleć o społeczeństwie jak o drużynie, w której każdy ma określoną rolę, ale wynik zależy od współpracy wszystkich zawodników. Za porażkę nie zawsze odpowiada wyłącznie kapitan, podobnie jak sukces rzadko jest zasługą jednej osoby. Jeżeli chcemy żyć w społeczeństwie bezpieczniejszym, bardziej świadomym i odpornym na zagrożenia, musimy przestać traktować odpowiedzialność jak piłkę, którą można po prostu podać komuś innemu.

Odpowiedzialność za nasze dzieci spoczywa przede wszystkim na nas jako rodzicach, ale odpowiedzialność za świat, w którym te dzieci dorastają, ponosimy już wspólnie. Dotyczy to zarówno wielkich instytucji i redakcji, jak i naszych lokalnych społeczności, szkół, sąsiadów czy pojedynczych osób, które swoimi codziennymi decyzjami współtworzą otaczającą nas rzeczywistość.

Zanim klikniemy „publikuj”

Nie mam złudzeń, że jeden artykuł zmieni sposób funkcjonowania mediów, a redakcje nagle zrezygnują z walki o uwagę odbiorców. Rozumiem również, że dziennikarze pracują pod presją czasu, oczekiwań wydawców i wyników oglądalności czy czytelnictwa. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie w takich warunkach szczególnego znaczenia nabierają standardy zawodowe i umiejętność krytycznego spojrzenia na własną pracę.

Być może więc przed opublikowaniem kolejnego materiału o niebezpiecznym zjawisku warto poświęcić dodatkową chwilę na zastanowienie się, czy odbiorca po jego przeczytaniu będzie rzeczywiście lepiej poinformowany i bezpieczniejszy, czy jedynie bardziej przestraszony albo zaciekawiony. Czy wszystkie szczegóły są niezbędne do zrozumienia problemu, czy nagłówek uczciwie oddaje skalę wydarzenia i czy nie nadajemy marginalnemu zjawisku znaczenia, na które w rzeczywistości nie zasługuje.

Warto też zadać sobie jeszcze jedno, być może niewygodne pytanie: czy opublikowalibyśmy dokładnie ten sam materiał, z takim samym nagłówkiem i w takiej samej formie, gdyby naszym najważniejszym wskaźnikiem sukcesu nie była liczba kliknięć?

Media mają ogromną siłę oddziaływania, ponieważ nie tylko przekazują informacje, ale również decydują, które tematy trafiają do debaty publicznej, jak często o nich słyszymy i jakim językiem zaczynamy je opisywać. To właśnie dlatego odpowiedzialność za słowo nie powinna być traktowana jak abstrakcyjna zasada z podręcznika etyki dziennikarskiej, lecz jako jeden z podstawowych elementów profesjonalnego warsztatu.

Nie chodzi mi o cenzurę, przemilczanie problemów ani ograniczanie prawa do informacji. Chciałbym jedynie, żebyśmy częściej zastanawiali się nad tym, co dzieje się z naszymi słowami, kiedy opuszczają redakcję i zaczynają żyć własnym życiem. Bo o ile nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkich reakcji odbiorców, o tyle mamy wpływ na to, jak przygotowujemy i przedstawiamy informacje.

Być może więc zamiast kolejny raz pytać, czy to na pewno nasz problem, warto zastanowić się, co możemy zrobić, żeby przynajmniej go nie powiększać. Szczególnie wtedy, kiedy mówimy o bezpieczeństwie dzieci i młodzieży, ponieważ konsekwencje naszych decyzji mogą dotyczyć nie tylko nas samych, ale również ludzi, za których przyszłość wszyscy w pewnym stopniu jesteśmy odpowiedzialni.

Czasami najlepszym sposobem ostrzegania przed niebezpiecznym zjawiskiem nie jest mówienie o nim głośniej, lecz mówienie o nim mądrzej.

← Zobacz wszystkie wpisy